o Łodzi, bitwie z 1914 r i innych sprawach
RSS
środa, 03 czerwca 2009
bloki i ich uroki

No więc jedziemy od granicy do Kaliningradu... Od lat słyszałem, że to region wojskowy, najeżony rakietami, nigdzie nie wolno wchodzić... Gapię się przez okno samochodu - gdzie te rakiety, czołgi, lotniska? Nic nie widać. Ponure wypalone pola, żadnych domów, czasem migają jakieś ruiny - chyba z wojny, i to nie tej drugiej, ale pierwszej światowej.

Kiedy dojeżdżamy do miasta, jest już ciemno. Hotel "Kaliningrad" - wielgachne gmaszysko-blok. W recepcjl dostajemy karty-klucze. Gdzie jest parking hotelowy? - Wszystkie miejsca zajęte - tłumaczy recepcjonistka. No to gdzie zaparkować? Pod galerią handlową naprzeciwko. Wjazd jest tam. Zanosimy bagaże do pokojów i wracamy do auta. Jeszcze raz pytam o parking hotelowy. Zjawia się malutki facecik w czarnym garniturze. Za nim wielki facet - też w czarnym garniturze. Ni to kierownik z ochroniarzem, ni to jakiś pomagier. - Załatwimy - mówi i dokądś dzwoni.

- Pójdziecie do końca hotelu, wejdziecie w bramę, potem w prawo, w prawo i jeszcze raz w prawo - tłumaczy. -Tam już czekają.

Idziemy z kierowcą. Przed hotelem - tłum małolatów z papierosami w zębach i puszkami piwa w rękach. Pełno wypasionych aut terenowych i wielkich motocykli. Z tyłu hotelu czeka nas niespodzianka - rozległe ciemne podwórze ze sklepem spożywczo-monopolowym. Wokół nas tłum jakichś łysoli, lumpów i pijaczków. Wyglądają jak nasi, tylko mówią po rosyjsku. Dziwne wrażenie. Czuję, że za chwilę dostaniemy w dziób. Idziemy jednak bohatersko - w prawo, w prawo... Jest parking. Pusty plac z budką i cieciem w środku. Niestety - cieć nie wystawia faktur. A faktura jest niezbędna, bo trzeba rozliczyć wydatki. Wracamy do hotelu. Małutki facecik o wyglądzie lokalnego mafiosa jest niepocieszony.

Jedziemy do galerii. Recepcjonistka pokazała nam, ale niestety nie wjazd, tylko wyjazd z podziemnego garażu. Krążymy po labiryncie uliczek wokół galerii. Jest wjazd! Garaż całodobowy, na kartę - płaci się przy wyjeździe. Między filarami jakiś idiota ćwiczy ostre hamowanie bmw z przeciemnionymi szybami (większość aut ma takie - moda a la "Kilerów 2-óch". Wychodząc, zastanawiamy się, czy nasze auto rano będzie na miejscu.

W hotelu przerwa na kąpiel i rozpakowanie się, potem schodzimy do holu. Jest barek. Zamawiamy po lokalnym piwie - 110 rubli, 11 złotych. Cholernie drogo - w kiosku przed hotelem puszka piwa kosztuje 28 rubli, 2,80 zł.

Po chwili przy sąsiednim stoliku rozsiadają się trzy dziewczyny. Bardzo ładne, nie więcej niż 18-19 lat. Nas jest trzech - przypadek? Po chwili namysłu stwierdzam, że nie. Zamawiając pokoje mailem poprosiłem o trzy z podwójnymi łóżkami (a co tam - jak spać, to wygodnie). Prawdopodobnie dla obsługi hotelu jest to jakiś sygnał, że gość będzie miał zapotrzebowanie na towarzystwo... Utwierdzam się w podejrzeniach, kiedy jedna z panienek woła wesoło: - Priwiet! To ja!

- A faktury pani wystawia? - pytam. Nie wystawia. Panienki znikają.

Pokój jest sympatyczny i czysty. Włączam telewizor. Na jednym kanale - reportaż o wsi, w której od jesieni nie ma wody. Babcie czerpią ją wiadrami z bajora. Kamera pokazuje wiadro z przerażoną żabą w środku. Drugi kanał - sąd skazuje na 15 lat gościa o twarzy nierozgarniętego goryla. Odsiedział wyrok za morderstwo, wyszedł, popił z kolegą i zabił go, po czym odciął głowę i wrzucił do bajora (ale nie tego ze wsi z babciami i żabą).

- Dlaczego zabiliście kolegę? - pyta sędzia.

- E tam, zaraz kolega - protestuje morderca. - Zwykły znajomy!

Wyłączam telewizor i na wszelki wypadek zamykam drzwi na zamek. O drugiej w nocy budzi mnie pijacki śpiew za oknem. Okno wychodzi na opisane już podwórze ze sklepem. - Brodiaaaaaga sudbu praklinaaaaaaaja.... - wydziera się kilkunastu chłopa. Myślę sobie, że pod moim blokiem w Łodzi też słychać nocne wycia typu "Wiiiiidzew je miszczem Polsky..." Rosjanie to jednak naród bardziej muzykalny. Nawet po pijoku śpiewają równo, mocnymi głosami, czuje się, że od serca i duszy.

No to śpimy. Od rana - targi. Nowe doświadczenie życiowe...

CDN

15:45, michal.jagiello
Link Komentarze (2) »
wtorek, 02 czerwca 2009
na granicy

... No więc zatrzymujemy się przy pierwszej blaszanej budce i otwieramy drzwi. Leniwym krokiem podchodzi tęgawy pogranicznik w ogromniastej czapce-lotniskowcu na głowie. Wygląda jak odłączony od całości członek Chóru Aleksandrowa. Wyłażę z samochodu. Tamożnik patrzy w papiery.

- Nie wjedziecie - mówi. - Ubezpieczenie jest nieważne.

My baraniejemy. Ubezpieczenie jest z "Warty", ważne na całą Europę.

 - Rossija nie Jewropa - to pierwsze słowa, jakie słyszę.

Szczęka mi opada.

- A co? - pytam.

Tamożnik przygląda mi się jak jakiemuś nasiekomomu (nasiekomoje to owad bądź insekt) i po namyśle dodaje:

- Nie Szengien.

Tu wylewa się ze mnie czara goryczy. Wygłaszam płomienny speach po rosyjsku. Że byłem w ZSRR 21 lat temu. Ze NIE TAK wyobrażałem sobie powitanie na granicy. Ze tłumaczę książki z rosyjskiego, że myślałem o przyjaznym powitaniu jakimś - może bez kawiorku i szampana, ale chociaż życzliwym...

- Kiedyś byliśmy przyjaciółmi w Układzie Warszawskim - wzdycha życzliwie pogranicznik. - Nie nasza wina, że wam się nie podobało.

Moi koledzy w tym czasie zasuwają załatwić ubezpieczenie. Okazuje się, że można je wykupić na granicy za paręnaście złotych (w przeliczeniu na ruble - w sporym baraku kantor jest na miejscu, załatwia się od ręki).

- A gdzie tu można zapalić? - indaguję dalej, uszczęśliwiony możliwością pogadania po rosyjsku.

- A tam, za węgłem - pogranicznik pokazuje jakąś budkę.

Za węgłem przy fajce rozmawiamy już we czwórkę. Oprócz pierwszego lotniskowca (któremu ofiarowałem zapalniczkę w metalowym pokrowcu, swoją ulubioną), zjawiają się: postawna przystojna blondynka w wieku balzakowskim, chyde dziewczę w ciąży zaawansowanej i kolega pogranicznika. Wyższy szarżą, bo z gwiazdkami.

Rozmowa jest całkiem sympatyczna. Pogranicznicy narzekają na politykę - że utrudnienia, że ochłodzenie stosunków, a do tego tarcza rakietowa w Polsce, rakiety w obwodzie kaliningradzkim... Temat staje się śliski - mówię, że polityka nie powinna przeszkadzać w normalnych kontaktach, opowiadam o Bitwie i zapomnianych żołnierzach z 1914 roku, jak to walczymy o przywrócenie pamięci o nich... Zanudzam, jednym słowem. Ale Rosjanie słuchają chętnie i z sympatią. Jeszcze z kwadrans, myślę sobie, i jakoś przepuszczą...

Koledzy załatwili jednak ubezpieczenie i moje mediacje okazały się niepotrzebne. Pogranicznicy z dodatkowym ubezpieczeniem przepuścili nas do kolejnej linii budek - do celników.

Ci zagapili się na nasze materiały promocyjne.

- Będziecie to sprzedawać? - pytają. Zaprzeczamy: materiały zostaną rozdane za darmo.

- A w zasadzie kto was zaprosił do Kaliningradu? - pyta jeden z "lotniskowców".

Tu problem - jedziemy na targi, gdzie na polskie stoisko zaprasza Polska Organizacja Turystyczna z Moskwy. Papieru żadnego w tej sprawie nie ma. Pokazujemy jakieś faksy, ale nie robią wrażenia. Zapamiętuję jedno - liczy się OKRĄGŁA PIECZĄTKA. Inna dla Rosjan nie istnieje. Okrągła oznacza, że sprawą zainteresowane jest PAŃSTWO. Na szczęście wśród papierów jest jakiś ogólnikowa informacja o targach, podpisana i podstemplowana okrągłą pieczątką przez gubernatora obwodu kaliningradzkiego.

Stoimy dwie godziny, wymijają nas jakieś autokary rosyjskie i pojedyńcze samochody osobowe. Celnicy mają problem: jedzie z nami Andrzej, właściciel firmy turystycznej z Łodzi. Rosjanin, pochodzi z obwodu kaliningradzkiego, ma rosyjski paszport, ale wjeżdża z Polski - podejrzany jest jakiś...

Robi się ciemnawo i zimno. Słońce zachodzi, po pustych polach ciągną się siwe mgły, godzina mocno późna. A ja muszę ją zapamiętać. bo w dokumentach do rozliczenia trzeba wpisać, o której wyjechało się z Polski i wjechało do Rosji... Aha - jest jeszcze pismo od polskiego konsula generalnego w Kaliningradzie z prośbą o bezkolejkowe przepuszczenie przez granicę. Z okrągłą pieczęcią! Jesteśmy uratowani.

Otwiera się szlaban. Przed nami ponura szara szosa. Z lewej zachodzi słońce. Czerwone, centymetr nad horyzontem. Jedziemy. Chłonę wrażenia: żółto-czarne pola, wypalone hektary traw. Jakieś szkielety budowli. Żadnych normalnych domów. Do Kaliningradu - 30 kilometrów.

CDN

20:44, michal.jagiello
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 01 czerwca 2009
Pojezdka w Rossieju

Zmieniłem pracę i już po kilku dniach zostałem włączony do dwuosobowej (nie licząc kierowcy) delegacji na targi turystyczne Jantur 2009 w Kaliningradzie. Pierwsza rzecz, jaką zrobiłem, było zestresowanie się. Po pierwsze,  ostatni raz byłem w Rosji za  czasów, kiedfy nazywała się jeszcze ZSRR. Po drugie, w życiu nie miałem do czynienia z dokumentami typu faktura, ubezpieczenie na podróż, pisma przewodnie do innych pism, które, wyprawiane do innych departamentów, wracały w towarzystwie innych pism, na które trzeba było odpowiedzieć, a potem wpiąć do odpowiednich segregatorów, wpisać, że się wpięło itd.

Po trzecie, nie miałem paszportu... To znaczy miałem, ale PRL-u na KDL-e (tzw. kraje demokracji ludowej), nieważny od 1998 roku.

Na szczęście udało się wszystko załatwić i 8 kwietnia wyruszyliśmy do Rosji. Zastanawiałem się, jak naprawdę wygląda przejście graniczne (za ZSRR jechałem pociągiem i przekroczenie granicy polegało na wizycie celników w przedziale). Tu przed oczami miałem relacje z TV - kilometrowe kolejki tirów, scysje z pogranicznikami, interwencje dyplomatyczne...

Po drodze przez Mazury zatrzymywaliśmy się i szukaliśmy cmentarzy z I wojny - ze smutkiem, ale i ulgą stwierdziłem, że są w podobnym stanie, co u nas... W Bezledach leniwie obejrzał nas polski celnik i przepuścił bez żadnych sensacji. Wjechaliśmy na ziemię niczyją. Szef do drodze życzliwie radził, żebym na rosyjskiej granicy nie wysiadał, nie rozglądał się, nie gapił , nie telefonował z komórki i nie robił zdjęć. Słońce powoli zachodziło za bezludnymi okolicznościami przyrody, a ja wpatrywałem się w szosę - gdzie te kolejki tirów?

Nie było. Tym bardziej wyraźnie dawało się kontemplować coraz bliższą bramę nad szosą i jakieś budki. Zdążyłem jeszcze zarejetsrować w pamięci, że - w przeciwieństwie do granicy w Brześciu w 1988 - nie widać zasieków, wieżyczek i gości z kałasznikowami tudzież psami. Było cicho, pusto i zimnawo.

I oto wyrosła nad naszym samochodem brama z napisem

                                                                 Р О С С И Я

 

Ciąg dalszy nastąpi...

15:51, michal.jagiello
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 26 maja 2009
Powrót...

Uprzejmie informuję Szanownych Gości, że jeszcze żyję i plotki, jakobym poległ w 1914 roku, są nieco przesadzone. Przerwę w blogu miałem potężną - bo też wiele się zmieniło. Przestałem być dziennikarzem i zostałem urzędnikiem. Do Urzędu Marszałkowskiego przywiodła mnie Bitwa. W styczniu "Gazecie" popatrzyli na mnie i rzekli: Przenieś się z tym swoim 1914 rokiem do turystyki w Marszałkowie, bo wszystkich zanudzisz na amen pułkami, dywizjami i cmentarzami... No i nastąpiło coś, co psychologicznie określiłbym jako przeniesienie płetwonurka do straży pożarnej albo strażaka do wodołazów. Zanim ochłonąłem psychicznie, minęła kupa czasu. No, ale pora wrócić do normalności,czyli do blogu.

Na początek w telegraficznym skrócie, co z Bitwą. Reklamowałem ją na targach turystycznych w Kaliningradzie, co zaowocowało m.in. kontaktem z historykiem z ... Irkucka. Ma nazwiska poległych pod Łodzią. Nie wszystkie, ale - są! Koluszki chcą kręcić kolejny film dokumentalny o walkach. Powstaje scenariusz. Do Bitwy włącza się Biuro Promocji i Współpracy Zagranicznej Urzędu Miasta Łodzi. A także Uniwersytet Łódzki. Właśnie 50 studentów penetruje województwo w poszukiwaniu śladów walk i zapomnianych cmentarzy. Powstanie spis. Ja tworzę zarysy szlaków turystycznych, związanych z Bitwą. Także międzynarodowy wchodzi w grę - od Kaliningradu po Łódź i Łódzkie.

Ale o tym - jutro i po kolei. Na razie serdecznie pozdrawiam wszystkich, którzy o mnie nie zapomnieli. I o Bitwie... Aha - wydawnictwo "Foka" wyda "Sierpień Czternastego" Sołżenicyna! Książka powinna wyjść na przełomie 2009 i 2010 roku. Los jednak sprzyja Bitwie...:))

11:04, michal.jagiello
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 28 sierpnia 2008
bitwa w skansenie

Parę dni trwało, mówiąc językiem wojskowym, przygotowanie artyleryjskie. Z Marią Sadzewicz-Nowak, prezesem stowarzyszenia „Mroga” i burmistrzem Koluszek Sławomirem Wochną byliśmy u wicemarszałka Sejmu, Stefana Niesiołowskiego. Obiecał poprzeć projekt skansenu w Nagawkach i projekty bitewne, mocno ze skansenem powiązane. W skansenie bowiem ma powstać obiekt bitewny natury muzealno-rekreacyjnej. Skansen ma też być miejscem, gdzie turyści, którzy przyjadą na rekonstrukcję bitwy, znajdą dach nad głową i wikt. Na razie do snaksenu wędruje rozebrany już dworek z Grodziska.

Ciekawe wieści nadeszły z Kaliningradu. Wiosną młody człowiek stamtąd pytał mnie, jak zaintetersować władze zapomnianymi cmentarzami z I wojny. Poradziłem zwrocić się do rady miejskiej, cerkwi i organizacji młodzieżowych. Pięknie wypalił pomysł z cerkwią. 16 sierpnia po cmentarzach powędrowała procesja. Pół setki ludzi, w tym wielu bardzo młodych, przeszło 20 kilometrów. Z ikonami, modlitwami i mszą za umarłych na każdym cmentarzu. Na cmentarzach z II wojny też się modlili - a są one też zapomniane i zniszczone. Akcja spowodowała, że władze zainteresowały się cmentarzami. No i dobrze. Cmentarze poległych skłaniają do refleksji - może takie procesje spowodują, że ktoś zastanowi się, zanim zacznie podsycać konflikty na świecie. Niech by tak było...

 

14:27, michal.jagiello
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 19 sierpnia 2008
i pułkownik

Zapomniałem uzupełnić swoje dyplomatyczne przygody o rozmowę z pułkownikiem von Korffem, dowodcą garnizonu berlińskiego. 14 sierpnia w Poćwiardówce i Pustułce, jak już pisałem, miała miejsce uroczystość skladania kwiatów na cmentarzach z I wojny. Pułkownik przyjechał na specjalne zaproszenie władz gminy Brzeziny.

W pewnym momencie porozmawiałem z nim po niemiecku. Tu dodam, że nie znam niemieckiego.

PUŁKOWNIK: Mowi coś dużo po niemiecku.

JA: - Ich... nicht...dojcze. Nicht fersztejen.

PUŁKOWNIK: Mówi coś po angielsku.

JA: Sorry, bat aj dont spik inglisz. Ich spik rusisz.

PUŁKOWNIK: Mówi coś do sierżanta Fischera (nazwisko jest na mundurze).

SIERŻANT: WOLFGAAAAANG!!!!!!!

Przybiega rezerwista mniej więcej w moim wieku.

PUŁKOWNIK: Wolfgang szpreche rusisz. (czy coś w tym rodzaju).

JA DO WOLFGANGA: Goworitie po-russki?

WOLFGANG (po dłuższym namyśle):...Goworiten...

Wokół nas zbiera się paru kolegów Wolfganga.

KOLEDZY: Wolfgang wodka - Wolfgang rusisz. Najn vodka - Wolfgang najn ruszisz!!!

WOLFGANG (skupia się w sobie): - Ein.. nein, haz...raz... Dwa, zvei! (pokazuje dwa palce). Potem robi z palców obu dłoni dwa kółka, tzw. lufę.

JA: - Hę?

WOLFGANG: - Dwa.. nol nol... najn

JA: - Co najn?

Pułkownik: (po angielsku): Nine.

JA do Wolfganga: - Diewiat'?

WOLFGANG: - DA!!!!!!!!!

JA: (rozumiem, że chodzi o rok 2009 - że pewnie przyjadą jeszcze raz. Przypomina mi się Helga z erialu „Allo, allo”):

- Bundeswehra PRIJEDIET JESZCZO RAZ, DA? TU, znaczit, hiere?

WOLFGANG (ucieszony): - JA, DA!!!

PUŁKOWNIK: - Yes!!!

Ogólna radość z porozumienia. Wolfgang promienieje.

JA (wielojęzykowo): - Brawo! Gud łork! Charaszo parabotali! Mołodcy dojcze soldaten!

WOLFGANG, JEGO KOLEDZY, SIERŻANT FISCHER I PUŁKOWNIK: - Danke! Gud baj! Aufiderzen!

WOLFGANG: - DAAAA!!!!

Mogę sobie wyobrazić, jak męczą się nasi dyplomaci na spotkaniach międzynarodowych:))))

15:24, michal.jagiello
Link Dodaj komentarz »
konsul

Życie dyplomatyczne proste nie jest. Tu muszę opisać, jak robiłem politykę międzynarodową na najniższym szczeblu. Dopiero w przeddzień przyjazdu rosyjskiego konsula uświadomiłem sobie, jaka odpowiedzialność na mnie ciąży. Niby oddolnie, ale jednakowoż reprezentuję mój kraj i nie mogę go zawieść.

Przede wszystkim - skąd u mnie konsul rosyjski? Otóż - przyznaję - trochę z głupia frant napisałem list do prezydenta Miedwiediewa. Jest w internecie taka opcja. Napisałem, że pod Łodzią leży ponad 100 tysięcy Rosjan, poległych w 1914 roku. Że mnóstwo ludzi dobrej woli zabrało się za porządkowanie zaniedbanych cmentarzy. Ze mamy plany turystyczne, zwiazane z I wojną. I że proszę, żeby głubokouważajemyj gospodin prezidient przy okazji rocznicy Bitwy, w listopadzie, wspomniał o tych poległych, których nie pamięta się nawet w Rosji. A przecież byli to zwykli ludzie, rzuceni na front daleko od domu.

Najwidoczniej list został przekazany ambasadzie, bo dostałem maila z lakoniczną prosbą, żebym zadzwonił pod warszawski numer. Tam przedstawił się konsul. - Chcę przyjechać i zobaczyć to wszystko, o czym pisał pan do prezydenta - oświadczył.

I przyjechał. Pod redakcję mojej gazety. W prawie czarnym bmw zobaczyłem za kierownicą ciut zarośniętego pana w bezrękawniku typu ZSRR (Zunifikowany Strój Rasowego Rencisty) i w tzw. bojówkach. Na tylnym siedzeniu siedział elegancki młody człowiek w szarym garniturze, okularach i pod krawatem. Uznałem, że to konsul. Ha - konsulem okazał się kierowca, młodzieniec Misza był jego asystentem (i chyba ochroniarzem). Potem dowiedziałem się, że  w słuczaje zamachu zamachowiec odruchowa strzela do gościa w garniaku i krawacie. Biedny Misza.

Pojechaliśmy do Wiączynia. Konsul był zaskoczony, że nie mam samochodu. Po drodze musiałem opowiedzieć o Bitwie, bo obaj nie bardzo wiedzieli, o jaką bitwę chodzi. Wręczyłem plik pamiątek - map, opracowań, płytę z filmem, nakręconym w Koluszkach. Konsul przesłuchał mnie na okoliczność II wojny - że co, cmentarzami radzieckimi nie interesujemy się? Politycznie niewygodne, a? Odpowiedziałem, że po prostu w regionie takich cmentarzy nie ma zbyt wielu, bo w 1945 r. ofensywa przetoczyła się przez Łódzkie błyskawicznie. A w Łodzi cmentarz jest w Parku Poniatowskiego, i wygląda jak nabardziej zadbanie.

Po drodze do Brzezin miało miejsce kluczenie po Janówce i opisany już popłoch w oczach biednych mieszkańców, pytanych o drogę przez trzech Rosjan w beemce. Na cmentarz w Pustułce jechaliśmy już kolumną samochodów, bo dolączył wójt Brzezin Zbigniew Sokołowski i burmistrz Koluszek Slawomir Wochna. Dalej, do Nagawek, jechał też sołtys Eufeminowa Zbigniew Janeczek. Niestety, tuż za Pustułką wójst złapał gumę. Trzeba było zybko podejmować decyzje: wna cmentarzu w Poćwiardówce czekali żołnierze nasi i Bundeswehry, ale tylko 20 minut. Wójt zostawil auto, do samochodu konsula przesiadł się burmistrz Koluszek. - A rolnicy polscy niezadowoleni są z Unii? - chytrze wypytywał konsul. - Zadowoleni - dyplomatycznie odpowiadał burmistrz, podając stosowne przykłady.

W Poćwiardówce przez chwilę konsul obfotografowywał Bundeswehrę i naszych żołnierzy, żołnierze konsula, a telewizja kręciła wszystko. Konsul sfukał mnie, że on przecież prywatnie, a tu władze, telewizja... - Prywatnie, ale nie incognito - odpierałem atak. - To przecież gospodarze terenu. - Pan da głos - domagała się ekipa telewizyjna. Konsul głos dał.

W Nagawkach był jeszcze bardziej zaskoczony. Fantastyczny obiad u pani Marii Sadzewicz-Nowak, występ zespołu dziecięcego „Mrożanie”, nalewki... Tylko Misza nie pił i nie zdejmował marynarki. A tu jeszcze przyjechali Naprawdę Najważniejsi w Województwie - też prywatnie. Konsul sumitował się, że był bez garnituru. Potem, obdarowany gigantycznym koszem chlebów, smalcu, kiełbas i innych regionalnych smakołyków odjechał trasą na Łowicz. Zapowiadając rychły powrót zresztą.

Następnego dnia zaczęło się w Gruzji. Akurat wtedy, kiedy Rosjanie po raz pierwszy oficjalnie zainteresowali się Bitwą! Pech. Pozostaje pocieszać się słowami konsula, że niezależnie od wszelkiej polityki, od wszystkiego, co złe, Polacy i Rosjanie będą mieli wspólną historię. I że dobre sąsiedztwo w koncu zwycięży.

A toast wznieśliśmy za Aleksandra Sołżenicyna. Właśnie tego dnia w Moskwie odbywał się jego pogrzeb. Przecież gdyby nie jego „Sierpień Czternastego, nie zainteresowałbym się Bitwą i nie zaczęłoby się to wszystko...

Już po wybuchu wojny w Gruzji pomyślałem sobie, że Bitwa, porządkowanie cmentarzy, projekty i pomysły, wysiłek tylu wspaniałych ludzi - wszystko to jednak ma sens. W telewizji leciały na przemian obrazki z walk i z igrzysk olimpijskich. Jedna racja to były te czołgi, samoloty, karabiny, wrogość. Druga - serdeczny uścisk Rosjanki i Gruzinki na podium. Racja Bitwy jest właśnie po stronie tych dziewczyn, przyjaźni mimo wszystko i pokoju. Ta umarła armia spod Łodzi musi jeszcze raz poderwać się do ataku. Musi przypominać, ostrzegać, krzyczeć - żadnych wojen, żadnego zabijania, żadnych ofiar, żadnej krwi w szarpaninie o kawałek ziemi. I to nie przypadek, że właśnie teraz w Pustułce wydarto ziemi nagrobki - z nazwiskami poległych, z numerami pułków. Wojsko sprzed 94 lat staje w szeregu - przeciwko wojnie. Oby zwyciężyło. Ono i my.

14:58, michal.jagiello
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 18 sierpnia 2008
koniec przerwy...

Wakacyjnej. I wojna nie była na wakacjach. Może na początek komunikatowo, co się działo:

1. Oddział Bundeswehry w sile 12 chłopa wspólnie z naszymi żołnierzami z Leźnicy Wielkiej przez 11 dni porządkował cmentarze w Poćwiardówce i Pustułce. W Pustułce zbaraniałem - spod ziemi wojsko wyciągnęło 300 nagrobków, oczyściło teren. Groby dosłownie wyszły spod ziemi. Widok jest imponujący, naprawdę warto tam pojechać!

2. 14 sierpnia na obu cmentarzach wojsko złożyło kwiaty i zapaliło znicze. Był wicestarosta powiatu brzezińskiego, wójt gminy Brzeziny, delegacja nadleśnictwa, policji, dzieci z Dąbrówki z pięknymprogramem artystycznym i pułkownik von Kroff, dowódca garnizonu berlińskiego.

3. 6 sierpnia na polecenie prezydenta Miedwiediewa przyjechał konsul ambasady rosyjskiej, Wasilij Timofiejew. Odwiedził cmentarze w Wiączyniu, Poćwiardówce i Pustułce. Był nieoficjalnie, a raczej prywatnie, ale nie daliśmy mu spokoju. Spotkał się z wójtem gminy Brzeziny, Zbigniewem Sokołowskim, burmistrzem Koluszek Sławomirem Wochną (dwa rewelacyjne ”motory” Bitwy), a w Nagawkach, w domu Marii Sadzewicz-Nowak, prezesa stowarzyszenia Mroga, zjadł obiad w towarzystwie najważniejszych osób w województwie (nazwiska do wiadomości...) Dzieci z zespołu ludowego wystąpiły w repertuarze rosyjskim, sołtys Eufeminowa Zbigniew Janeczek zaprezentował fantastyczną gamę nalewek. Była też telewizja. Konsul dostał olbrzymi kosz lokalnych specjałów. Był autentycznie wzruszony i obiecał, że teraz Rosjanie zajmą się  cmentarzami z I wojny na naszym terenie. Niestety, następnego dnia po jego wizycie wybuchł konflikt w Gruzji i poprawianie stosunków trzeba będzie odłożyć na jakiś czas.

4. Chęć pomocy przy porządkowaniu cmentarzy zgłosiła ukraińska fundacja „Ostatni żołnierz” z Wołynia. 

To tak na chybcika. Na osobną opowieść zasługuje wędrówka zbląkanego konsula po Janówce. Musiał zatankować, koniecznie w stacji Orlenu, a takowa jest dopiero w Brzezinach. Za wcześnie skręcił i zabłądził w bocznych uliczkach Janówki. Widoczek: jakiś właściciel domu spokojnie grabi trawę przed chałupą. Nagle staje przed nim czarne bmw na obcych numerach. Otwiera się szyba, z auta patrzy na człowieka trzech facetów. Jeden właśnie rozmawia przez komórkę po rosyjsku, że prawie dojechaliśmy... Dobrze, że człowiek trzymał się tych grabi... Konsul zapytał go tylko o drogę. Jaka ulga odmalowała się na twarzy gospodarza... A z jakim piskiem opon ruszył w Brzezinach delikwent na stacji benzynowej,, który zagadał się przez komorkę przy wyjeździe na szosę. Kiedy ujrzał w lusterku beemkę i kierowcę, który wrzeszczał po rosyjsku: Pojezżaj, kozioł! - dym poszedł z oponek...

 

 

15:17, michal.jagiello
Link Komentarze (1) »
wtorek, 10 czerwca 2008
Idziemy coraz wyżej...

Dostałem maila od zastępcy redaktora naczelnego czasopisma „Wojenno-Istoriczeskij Żurnał”. Z propozycją, żeby napisać artykuł o Bitwie, o ludziach, którzy zajęli się zapomnianymi cmentarzami, o tym, jak o nie zaczynamy dbać. List był bardzo sympatyczny, redaktor okazał się byłym lotnikiem, wykładowcą i od 2002 r. dziennikarzem. „Żurnał jest wydawany przez Ministerstwo Obrony Rosji. 12 tysięcy nakładu. Najbardziej mnie rozrzewniło zapewnienie, że „trzyma się z daleka od polityki i  przedstawia historię obiektywnie”. Ministerstwo Obrony, trzymające się z daleka od polityki... Ha. To może z czasem i o Katyniu coś napiszą... Na razie myślę, co im napisać. Czasu jest sporo, bo chcą dać artykuł na listopad, kiedy w Rosji przypada dzień pamięci o poległych w I wojnie. Proszę - okazuje się, że mają taki dzień...

A do mojej redakcji dzielnie dotarła przemiła studentka z Krasnojarska, Olga Morozowa. Resztę grupy (siedem studentek polonistyki z tamtejszego uniwersytetu) zatrzymał wykładowca, ale Olga zwiała z zajęć. Ma napisać o Bitwie do czasopisma studenckiego w Krasnojarsku. Pokazałem jej zdjęcia, artykuły o Bitwie, linki do stron internetowych. Była poruszona, że poległo tu tylu Rosjan, a nikt o nich nic nie wie i nie pamięta, że walczyli. Czyli mini-misja historyczna na Wschodzie trwa. Ano - działajmy, działajmy...

13:09, michal.jagiello
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 maja 2008
szlak...

Spotkałem się tydzień temu z prof. igorem Rudinskim z Kaliningradu. Przetłumaczył na rosyjski książkę o zarządzaniu turystyką autorstwa trzech wybitnych specjalistów z Wyższej Szkoły Turystyki i Hotelarstwa w Łodzi. Oczywiście zgadało się nam o I wojnie. Że w obwodzie kaliningradzkim też są zapomniane cmentarze i pomniki... Kiedy wracałem do domu, tknęło mnie - przecież można zrobić międzynarodowy szlak turystyczny! W obecnym obwodzie kaliningradzkim była pierwsza bitwa rosyjsko-niemiecka (sierpień 1914, pod Gummbinen, dzisiejszym Gusiewem). Nieco później Rosjanie dostali łupnia w Prusach Wschodnich - Tannenberg, klęska gen. Samsonowa. W listopadzie te same armie biły się pod Łodzią. A więc - szlak śladami bitew od Kalinigradu przez Olsztyn po Łódź. Zwłaszcza, że Olsztyn i Łódź to miasta parnterskie Kaliningradu! Co by z tego było:

- Rosjanie - musieliby chcąc nie chcąc „zagospodarować” cmentarze, pomniki i ślady walk. Mieliby dodatkowy powód do wizyt turystów z Niemiec - a może i środki na renowację nekropolii.

- Olsztyn - znalazłby się w centrum szlaku, dodatkowi turyści i dodatkowe atrakcje zawsze się przydadzą.

- Łódź i region - miałyby szansę, że dotarliby tu turyści, którzy wypoczywają nad jeziorami mazurskimi. LATEM, co jest istotne - Łódź nie ma zbyt wielu atrakcji, które przyciągnęłyby latem gości znad morza czy jezior...

Oczywiście nie samą bitwą turysta żyje - przy okazji poznałby i inne nasze cuda, których przecież nie brakuje.

Wspólna inicjatywa trzech miast partnerskich... A Unia chętnie daje pieniądze na takie inicjatywy. Może zabytkowo-historyczny pociąg, np. „ Generał Rennenkampf” albo „Generał Samsonow” - z wagonem-salą kinowo-koncertową, z wagonem restauracyjnym - kuchnia żołnierska na przykład, ale nie tylko), może drewniane wagony z tamtej epoki (ale w środku luksusowe!!)... I jedziemy na front... Prawdziwy parowóz, obsługa w mundurach carskich albo pruskich, albo jednych i drugich...

Marzenia to dobra rzecz. Teraz pozostaje drobiazg - wcielić je w życie. Napisałem już o pomyśle do prezydenta Łodzi, wydziału promocji urzędu miasta w Olsztynie i do gobernatora obwodu kaliningradzkiego. Niech idea dojrzewa!

13:59, michal.jagiello
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7